Rodzimy się geniuszami, a potem system edukacji robi z nas głąbów – NASA ma na to dowody

16
41079

Mógłbym zacząć ten wpis od pytania, jak wyglądała wasza edukacja, szczególnie ta wczesnoszkolna. Chciałbym, naprawdę. Ale… i tak pewnie znam odpowiedź.

Odpowiem w skrócie jak było u mnie. Było różnie, ale z przewagą na słabo. W szkole podstawowej kochałem komputery. Na początku lat 80′ miałem już swojego ukochanego ZX Spectrum (nawet z plusem). Chodziłem wtedy bodajże do 5 klasy podstawowej, gdzieś w podwarszawskiej niewielkiej miejscowości. Mało powiedzieć, że szkoła zupełnie nie rozumiała moich zainteresowań matematyczno-komputerowych – musiała usilnie pracować, żeby je niszczyć. Zresztą, nie tylko w tym aspekcie.

Pamiętam, lubiłem zadawać wiele pytań. Kochałem matematykę, bo zawsze jawiła mi się jako język opisujący rzeczywistość. Potem fizyka, chemia, biologia. Nie mogłem się doczekać, kiedy miałem się tego wszystkiego uczyć.

I tu się moja pamięć urywa. Fast forward – mam 44 lata. Kolejne zauroczenie nauką, które w tej chwili pamiętam, jest sprzed jakichś 8-10 lat. Dziwne, prawda?

Mniej więcej w tym samym czasie rzuciłem narodowy sport – imprezowanie i alkohol (na wiele lat praktycznie w 100%, teraz zdarza mi się zanurzyć w czymś dobrym, ale w bardzo ograniczonym zakresie). Pewnie z okazji nudnych weekendów musiałem czymś się zająć. Zacząłem robić różne kursy w internecie (MIT, Harvard, Stanford, i inne). Nauczyłem się programować w Pythonie, C, C++; do szaleństwa zakochałem się w algorytmice i rozwiązywaniu za jej pomocą różnych problemów.

Do tego odrabiałem straty w czytaniu. Migiem poleciały pierwsze książki. Potem 10, 20,… 50 rocznie. Spektrum moich zainteresowań okazało się niezwykle szerokie.

A gdzie do cholery podziały się te wszystkie wcześniejsze lata, których jakbym zupełnie nie pamiętał? Ktoś zabrał mi kilkadziesiąt lat pasji. Czemu? Jakim prawem? Gdzie iść po odszkodowanie?

Stoję przed lustrem i widzę w sobie mentalność kreatywnego szaleńca, gdzieś pomiędzy inżynierem-naukowcem, a artystą. Czuję, że mogła być z tego bardzo obiecująca mieszanka. Ale na to jest już za późno. Została samorealizacja w sferze pasji i biznesu. Wystarczy. Nie mam już chyba większych ambicji, ale żal pozostał. Ogromny.

System wygrał.

Jak to mówią nudziarze – co by było, gdyby… Gdyby nie beznadziejny system edukacji, który w prawie każdym dziecku zabija kreatywnego eksplorera.

Warren Buffet zwykł powtarzać, że jego największym szczęściem było urodzenie w USA, jako mężczyzna, do tego biały. Gdyby nie te trzy wypadki, to prawdopodobnie nie byłby tu, gdzie jest dzisiaj. Trudno się z tym nie zgodzić.

Liczy się wszystko, a w 99% przypadku nie mamy wpływu, na to kim jesteśmy. Tak wiem – “sam jesteś kowalem swojego losu”, ale – to ogromne uproszczenie, wręcz karygodne. Większa część świata tonie w destrukcyjnym fatalizmie i jeżeli się w takim otoczeniu urodzisz, to – kaplica. Żaden koucz nie pomoże.

Z tej całej marudnej litanii “nieudacznika” najbardziej kluczowe znaczenie ma bez wątpienia edukacja. Nie mam tu na myśli pięknych dyplomów wyższych uczelni, raczej to, co z nami robią w przedszkolu, a potem w podstawówce. To tam prawdopodobnie zasiewa się twoja przyszłość. To tam jesteś odzierany z wrodzonych talentów i osobowości.

W imię czego poddawani jesteśmy temu barbarzyńskiemu okropieństwu? Zabrzmi to jak ironia, ale niestety nią nie jest. Żyjemy w systemie edukacji, który został stworzony w czasach wielkiej rewolucji przemysłowej i tylko po to, żeby zrobić z ciebie dobrego pracownika fabryki (ech te XIX wieczne rewolucje), a w międzyczasie zapomnieliśmy to zmienić. Przepraszam, może nie “zapomnieliśmy”, ale nikt tak naprawdę nie ma odwagi tego problemu nawet dotknąć, nie mówiąc o jego rozwiązaniu. A można by jeszcze sięgnąć po bardziej spekulacyjnej teorie. Wiecie… bogacie przecież nie chcą mieć mądrych konkurentów, więc kształcą niewilników. Są tacy, ktorzy w to wierzą. Ja skłaniam się raczej w stronę cywilizacyjnych zaniedbań i strachu decydentów przed fundamentalnymi zmianami.

Brzmi to tym bardziej groźnie, że przecież wszyscy mówią nam, że jesteśmy u progu nowej, pewnie ostatniej, rewolucji przemysłowej. Roboty zabiorą nam ostatni etat. Jeżeli więc dni pracy są policzone, to po cholerę ciągle nas szkolicie na dobrych “taśmowych”?

Dlaczego tak się nad sobą użalam?

Bo właśnie przeczytałem i obejrzałem materiały, w których NASA twierdzi, że jestem – byłem – geniuszem. Ty też. I ty też.

Zabawne – prawda? Wszyscy rodzimy się geniuszami, ale potem szkoła ściąga nas w dół.

Podczas jednej z prelekcji TEDx, Dr George Land spuścił kolejną bombę w tym obszarze. Piszę kolejną, bo jak ktoś się interesuje tematem, to wie, że w ostatnich latach dowodów i danych naukowych na to, że kwestię edukacji schrzaniliśmy, pojawia się naprawdę sporo.

Naukowiec oświadczył widowni dosyć szokujące wyniki testu na kreatywność, stworzonego przez NASA, a następnie użytego na szkolnych dzieciakach.

NASA zwróciła się do Dr George’a Landa i Betha Jarmana ze zleceniem stworzenia wysoce wyspecjalizowanych testów będących w stanie w efektywny sposób mierzyć potencjał kreatywny przyszłych budowniczych rakiet i silników. Testy okazały się być bardzo wymierne i NASA oceniła je w kategorii dużego sukcesu.

Naukowcom nie dawało jednak spokoju kilka pytań, które wprost wynikały z wyników testów: skąd pochodzi kreatywność; czy niektórzy ludzie się z nią rodzą, a inni są w stanie jej się wyuczyć; czy może pochodzi ona z doświadczeń życiowych?

Żeby odpowiedzieć na te pytania, zespół naukowców przeprowadził serię testów na 1600 dzieci w wieku pomiędzy 4-5 lat. Co ich tak zszokowało w wynikach badania?

Test generalnie starał się wycisnąć z badanego umiejętności odnajdywania nowych i innowacyjnych rozwiązań do określonych problemów. Jak myślicie, ile procent z badanych dzieci załapało się do poziomu rankingowego geniusza?

98 procent. Słownie: dziewięćdziesiąt osiem procent.

WTF – pomyślisz. Ale to jeszcze nie wszystko.

Naukowcy byli tak zaskoczeni, że postanowili rozszerzyć badania i dodatkowo zebrać dane kiedy dzieci były starsze. Powtórzono testy 5 lat później. Pewnie już znasz wyniki. Przed oczami przeleciały wspomnienia i już wiesz, że z tobą było podobnie.

A więc po kolejnych 5 latach tylko 30% z tej grupy nadal kwalifikowała się do genialnej kategorii. Mało tego. Po kolejnych 5 latach (w wieku 15 lat) już tylko 12% dzieciaków dało sobie radę z testem.

No dobra, pojedźmy dalej. Jak wyglądali w wieku dorosłym? Co z nich wyrosło po cudownej edukacji szkolnej? Ups…

2%. Dziękuję. Kurtyna. Brawa. Chyba już nie chcę czytać tych danych.

Jeżeli chciałbyś zakwestionować te wnioski, albo same zadania, to mam niestety złe wieści. Zostały one zreplikowane ponad milion razy.

Nie trzeba być tytułowym geniuszem, żeby dojść do wniosku, że za tę erozję naszego kreatywnego potencjału odpowiada system szkolny – czyli nasza edukacja.

Co z tym fantem zrobić?

Naukowcy odkryli, że za ten stan rzeczy odpowiadają pryncypia działania naszego mózgu. Możemy w nim wyróżnić (w uproszczeniu) dwa totalnie różne paradygmaty, które tworzą wynik myślenia w świadomości. Jeden nazywany “rozbieżnym” i drugi “zbieżnym”. Pierwszy to po prostu wyobraźnia, która podsuwa nam zupełnie nowe rozwiązania; zaś drugi odpowiada za ocenę, ważenie decyzji, krytykę i testowanie idei.

Myślenie rozbieżne to pedał gazu dla nowych idei, zaś zbieżne jest odpowiadającym mu hamulcem. Problem w tym, że system edukacji został zbudowany tak, że uczy używania obydwu paradygmatów w tym samym czasie. Pewnie pamiętasz ze szkoły, kiedy nagle zaproponowałeś jakieś inne rozwiązanie do znanego problemu. Prawda? “To już było”. “To nie zadziała”. “Siadaj – nie przeszkadzaj”. “Pała”.

Kiedy obserwujemy aktywność mózgu w czasie takich procesów, to wyraźnie widać, że neurony w obydwu obszarach mózgu strzelają jednocześnie, jakby ze sobą konkurując. Efektem jest całkowity zanik idei, a w dłuższym okresie utracenie zdolności kreatywnych w ogóle.

Brzmi to jak poważny problem w podstawach edukacji w ogóle. Trudno się z tym nie zgodzić. Jeżeli jednak nic z tym nie zrobimy, to czeka nasze dzieci i wnuki niezwykle mizerny los.

Z perspektywy różnych umiejętności, to właśnie kreatywność wymieniana jest jako kluczowa cecha przyszłych pokoleń. Kiedyś mogłeś swojego syna nauczyć fachu i na pewno starczyło mu to na całe życie. Mógł on potem całą tę wiedzę przekazać swojemu dziecku i tak to sobie działało przez setki lat.

Dzisiaj już tak nie jest. Młodzi ludzie nie są w stanie przewidzieć, czym będą zajmowały się za 5 lat. W zasadzie codziennie bedą musiały uczyć się nowych rzeczy, a do wybierania ich i późniejszego używania, niezbędna będzie kreatywność.

Nawet w rajskich czasach, jak już nadejdzie nowy bóg, zwany Sztuczną Inteligencją, i tak będą musieli coś ze sobą zrobić. Tu zbawieniem będzie kreatywność artystyczna i możliwość samorealizacji w różnych sztukach.

Jako ojciec 7 letniej córki mam wiele dylematów. Wygląda jednak na to, że kreatywność to bezpieczna “inwestycja” w wachlarz jej podstawowych umiejętności.

Powiedzcie mi tylko, jak mam powstrzymać szkołę przed ich krecią robotą?

Poniżej wideo, do którego się odnoszę. Polecam obejrzeć, choć jest już leciwe (2011 rok).

16 KOMENTARZE

  1. Szkoły klasycznej w owej kreciej robocie nie da się powstrzymać. To jest tak bezwładny organizm, że efekty “rodzicielskiego lobbingu” są jak napełnianie cysterny po kropelce. Można szukać ciekawych świata nauczycieli. Może bardziej postępowych dyrektorów otwartych na wprowadzanie zmian w procesie uczenia, podsyłać artykuły, zachęcać do konferencji Innowacyjnej edukacji, etc. Alternatywą są po prostu inne szkoły – np demokratyczne lub edukacja domowa i spotykanie się dzieciaków w grupie outschoolingowej. Coraz więcej takich w Polsce. Są i pionierskie szkoły, ale tych jak kot napłakał.

    Możnaby też założyć swoją szkołę 🙂

    • Prywatne szkoły mają sens we wczesnoszkolnej edukacji (1-3), a potem… mam wątpliowści. Homeschooling, i inne wynalazki mogą wychować totalnie aspołeczną jednostkę. Trudno uczyć tam tego, co najważniejsze, czyli kolarboracji (zamiast konkurencji). Albo przeprowadzić się dla dziecka do Finlandii 😉

    • Asia,

      zgadzam się z Tobą. Obecnego, zdegenerowanego do cna systemu edukacyjnego nie da się zreformować. Z resztą, on jest w permanentnej reformie od zawsze! Patologia jaką są polskie szkoły jest znana wszystkim, którym choć odrobinę leży na sercu rozwój dzieci.

      Jedyną alternatywą są szkoły prywatne i edukacja domowa. Pierwsza opcja jest dostępna dla nielicznych. Nie tylko ze względu na brak pieniędzy na czesne, bo to akurat jest najmniejszy problem. Główną przeszkodą jest mała liczba osób na tyle bogatych, by założyć takie szkoły. Wybudowanie samego budynku kosztuje miliony. Owszem, można go wynajmować, ale to możliwe najczęściej tylko w dużych miastach. I tutaj jednak swoje łapy pcha państwo i próbuje jak może ingerować w program nauczania, podstawy programowe, wysokość sufitu i jakość płytek w kuchni…

      Aspołeczność jako wynik edukacji domowej to faktycznie niezwykle popularny mit. Ludzie jakoś nie mogą sobie wyobrazić, że kontakt z rówieśnikami można mieć nie tylko spędzając bezowocnie wiele godzin dziennie w szkole. Jest tyle innych możliwości! Jednak obecny system szkolny jest tak głęboko zakorzeniony w umysłach tych, którzy zostali do niego wepchnięci, że nie potrafią wyobrazić sobie niczego innego.

  2. Na pewno nasi dzieci będą bardziej funkcjonalne od nas, to już widać nawet w tym jak szybko ogarniają laptopy i telefony. Musimy pilnować ich bardziej żeby nie było takich niespodzianek jak ja miałam. Ostatnio dałam córce na chwile telefon i teraz mam rachunek za rozmowę na 120 zł, ale to moja wina bo miałam fatalny abonament telefoniczny.Po przeczytaniu tego artykułu http://mobilegate.blox.pl/2018/01/Ranking-abonamentow-ponizej-30-zlotych-Novum-Tele.html zmieniłam operatora i jestem bardzo zadowolona.

  3. Moja mama jakos dala rade rozwijac moja kreatywnosc i wierze, ze zaangazowani rodzice moga to zrobic. (fun fact: moja mama byla nauczycielem w podstawowce – ale raczej tym co probuje te dziaciaki wyciagac z negatywnych doswiadczen szkolnych anizeli na odwrot).
    Ja trafilam na dobra szkole, a do przedszkola chodzilam na malo godzin, potem zajmowala sie mna babcia artystka (farciara ze mnie). Ale wiem, ze ogolnie system jest zle skonstruowany i zgadzam sie z tym. Zreszta z perspektywy nauczyciela, ktoremu zalezy na dzieciach, ten temat jest jeszcze bardziej frustrujacy. Polecam wsparcie projektu “Budzaca sie szkola”, ktory na nasze realia jest pierwszym realnym krokiem w kierunku lepszego szkolnictwa.
    Niejmniej jednak, chcialabym tez opowiedziec, ze to jest takze wina rodzicow. Nie pamietam juz ile razy kiedy bylam juz mniej wiecej dorosla, a moja mama jeszcze pracowala, opowiadala mi o tym jakie to jest przykre jak widzi madre dziecko, ktore sie zmarnuje. Kiedy pytalam dlaczego i skad ona to wie skoro dzieciak ma 8 lat, odpowiadala: rodzice. Zmarnuja swoje dziecko. Okazuje sie (i rzeczywiscie sama to tez obserwuje), ze bardzo wiele dzieci slyszy od swoich rodzicow “nie, bo ja tak powiedzialem”, “nie rob tak, bo sie pobrudzisz”, “wiedzialem, ze dostaniesz pale” “nie potrafisz sie nawet nauczyc na kartkowke” itp. To wydaje sie niewinne, ale zabija tak samo jak system.
    Konklidujac, moj punkt jest taki, ze w artykule zabraklo tej drugiej strony, ktore jednak stanowi drugie 50% wycchowania dziecka. Rodzic moze wiele. To pierwsze lata zycia decyduja o tym kim jestesmy, wiec rodzice powinni znalezc w pierwszych latach zycia dziecka czas na malowanie, rysowanie, kolorowanie, liczenie, pisanie, wycinanie, zbieranie lilsci i ogladanie wiewiorek. Na to, zeby wzbudzic w dzieciach ciekawosc swiata!

    • Anka,

      masz rację. Problem w tym, że coraz więcej rodziców zamiast pokazywać dziecku świat i być z nim w ciągu pierwszych powiedzmy 2-3 lat życia, często oddaje dziecko np. do żłobka w wieku kilku miesięcy co jest zbrodnią. I nie mam na myśli przymusu ekonomicznego, bo z tego co obserwują to jest zdecydowana mniejszość.

      Druga rzeczą jest podejście dzisiejszych rodziców do dzieci w wieku do lat 3. Maluchy już od kilku miesięcy siedzą przed tv, bawią się godzinami tabletami i smartfonami. To ich nie rozwija. Wręcz przeciwnie. Powoduje szereg zaburzeń. Ale rodzice się jeszcze z tego cieszą chwaląc się znajomym: “a moja Amelka już umie obsługiwać tablet!”…

      • widzę tu dwa skrajne bieguny: (a) jedni oddają dzieci do żłobka i resztę mają gdzieś, bo przecież inwestują i ciężko pracują, żeby dziecko wszystko miało; (b) oraz druga kategoria, która leczy swoje kompleksy i chore ambicje na swoich dzieciach (tysiące zajęć, orka na maksa, zero zabawy). Trzeba umieć znaleźć się po środku, czyli zwyczajnie pozwolić dziecku być dzieckiem, ale stworzyć mu dobre otoczenie do nauki przez zabawę. Tylko tyle i aż tyle.

    • Wydaje mi się to tak oczywiste, że nawet tematu nie dotykałem. Wszystko zależy od rodziców – taka prawda. Masz też rację mówiąc, że poziom edukacji i świadomość dzieci to wynik złego podejścia rodziców. Dlatego właśnie lamentuję. Bo ja ze swoim dzieckiem sobie poradzę, ale nie mam żadnego wpływu na dzieci “sąsiada”. A wiesz jak to jest: lepiej głąbem być wśród geniuszy, niż geniuszem wśród głąbów.

  4. “Powiedzcie mi tylko, jak mam powstrzymać szkołę przed ich krecią robotą?”

    Tak jak napisała Asia Kro:
    są tylko dwie alternatywy: szkoła prywatna i edukacja domowa (napisałem więcej o nich w odpowiedzi Asi). Czasem, bardzo rzadko, jest jeszcze trzecia: to po prostu nie zbyt duża szkoła państwowa, która jakimś cudem ma dyrektora nie z nadania partyjnego, ale z powołania i takich nauczycieli, którzy uczą dzieci nie zważając zbytnio na wymagania ze strony ministerstwa…

    Posyłając dziecko do normalnej, państwowej podstawówki nie powstrzymasz destrukcyjnego wpływu systemu edukacji na dziecko. Będziesz mógł próbować tylko rozpaczliwie go ograniczać.

    • niestety wybrałem mniejsze zło i wysłałem córkę do prywatnej. Zdaję sobie sprawdę z wad, ale póki co (od września), jest bardzo OK. Niech mi tylko nie zabiją w niej pasji do poznawania świata, a resztę jej jakoś nauczymy 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here