„Drogi? Tam dokąd zmierzamy, nie potrzebujemy dróg”

Każdy fan filmów z szalonym doktorem Emmettem Lathropem Brownem i Marty McFly’em powiniem pamiętać tę frazę. A jeżeli ma problem z jej wizualizacją, to na pewno natychmiast skojarzy kultowy pojazd, którym doktor i McFly przemierzali bezkresy czasu. To chyba najsilniejszy product placement całej serii i pierwsza marka, który przychodzi nam do głowy, kiedy wspominamy te filmy.

Mam tu na myśli oczywiście firmę De Lorean i jej futurystyczny, na tamte czasy, model samochodu DMC-12.

Kadr z filmu Back to Future – 2015 rok

Doktor Brown spuścił lustrzane, połyskujące gogle na oczy, odpalił swojego napędzanego energią nuklearną DeLoreana, energicznie wzbił się pionowo w powietrze i poleciał przed siebie.

W tej scenie, która w filmowej fikcji wydarzyła się w 2015 roku, życiową inspirację znalazł bratanek słynnego Johna DeLoreana, projektanta samochodu, którego znacie z „Powrotu do Przyszłości”. W 2012 roku Paul DeLorean założył firmę DeLorean Aerospace, której misją jest wprowadzenie latających samochodów do codziennego użytku. Biorąc pod uwagę, że mamy już 2018 rok, to Paul trochę się opóźnia.

Kadr z filmu Back to Future

Wcześniejsze pokolenia DeLoreanów zajmowały się głównie projektowaniem i wytwarzaniem nadwozi samochodowych. Paul, który jest prezesem i głównym projektantem nowej firmy, podkreślił: „Byliśmy w transporcie od zawsze – to jest w mojej krwi”.

Nowy rozdział historii DeLoreanów

Dziedzictwo marki zawiodło Paula DeLoreana w najgorętsze obszary innowacji w motoryzacji i transporcie, jakie dzisiaj można znaleźć na świecie. Obsesyjnie zaangażował się w budowę dwuosobowego samolotu pionowego startu i lądowania (Vertical Takeoff and Landing, w skrócie VTOL).

Zdjęcie © DeLorean Aerospace

O ile trudno dzisiaj znaleźć zwolenników tej wizji, czy choćby ludzi, którzy są w stanie uwierzyć, że tak będziemy się przemieszczać w przyszłości, to trzeba pamiętać, że jest ona wymieniana jako kandydat na zrewolucjonizowanie transportu ludzi i towarów. Co więcej, w połączeniu z pełną autonomią może rozwiązać dwa największe problemy współczesnego transportu: przepustowość i bezpieczeństwo.

Konkurencja w branży latających samochodów, jak potocznie ją nazywamy, jest już mocna. W tej chwili nad podobnymi projektami pracuje nie tylko kilka nowych startupów, ale wiele firm technologicznych – wymieniając tylko kilka: Airbus, Uber, Darpa, Google.

Samolot DR-7 firmy DeLorean nie wygląda tak dziwacznie, jak wiele koncepcji projektowych konkurencji. Ma po dwa zestawy skrzydeł z przodu i z tyłu oraz dodatkowe pod spodem. Siłę poruszającą DeLoreana zapewniają dwa dosyć duże, napędzane elektrycznie, wirniki kanałowe zamocowane w osi kadłuba, z regulowanym kątem nachylenia umożliwiającym pojazdowi efektywny start i zmianę płaszczyzny lotu.

Zdjęcie © DeLorean Aerospace

Rozmiary tego wynalazku nie odbiegają znacząco od tego, do czego przyzwyczaiły nas samochody. Ma zaledwie 6 metrów długości i zbliżony rozstaw skrzydeł. Jest też „Transformerem”, bo potrafi skurczyć się na tyle, że można go zaparkować w dużym, przydomowym garażu.

Stacjonująca w okolicach Los Angeles firma DeLorean jest ciągle w fazie R&D, ale zdążyła przygotować już dwa prototypy. Jeden długości 30 cali, mający za cel potwierdzić założenia fizyczne stojące za projektem, oraz drugi większy model inżynieryjny, w skali 1:3. Teraz konstruktorzy tworzą pełnowymiarowy, latający prototyp – w pełni sterowalny, zabierający dwóch pasażerów, w 100% elektryczny – mający zasięg nawet 200 kilometrów.

To o tyle zaskakujące, że w tej chwili konkurencja tworząca elektryczne pojazdy latające jest w stanie dolecieć znacznie bliżej. Dla przykładu zasięg deklarowany przez Neva Aviation, mający wirnik w każdym narożniku, to 40 kilometrów. Niewiele dalej poleci prototyp od Airbusa nazywany Vahana Project – 80 kilometrów. Mimo, że są to zasięgi wystarczające na pokonanie długości całej dużej metropolii, to jednak deklarowane przez DeLoreana 200 kilometrów robi dużo większe wrażenie. W zasadzie jedynym w tej chwili konkurencyjnym projektem dla DeLoreana jest niemiecki Lilium, który chce osiągnąć ponad 300 kilometrów. Producent zauważa dużo większą uniwersalność ich pojazdu, a także podkreśla kolejną istotną cechę – możliwość lotu szybowcowego, co w przypadku awarii dramatycznie zwiększa szanse przeżycia.

Zdjęcie © DeLorean Aerospace

Gotowy, latający pełnowymiarowy prototyp mamy zobaczyć w ciągu roku. Znalezienie w Kalifornii pustego i bezpiecznego obszaru, gdzie DeLorean będzie w stanie przeprowadzić testowe loty, nie powinno stanowić problemu. Oczywiście, zanim kogoś wsadzą na pokład tego latającego samochodu, firma najpierw przeprowadzi loty w trybie zdalnego sterowania.Coś, co jeszcze kilka lat temu wydawało się trudne, albo nawet niemożliwie, dzisiaj – jak twierdzą eksperci – jest w zasięgu naszych możliwości technicznych. Wynika to z ogromnego postępu, jaki dokonał się w dziedzinach materiałowych (ultralekkie i wytrzymałe kompozyty), przechowywania energii (podziękujmy smartfonom i dronom), sensorów, czy przede wszystkim komputerów i inteligentnych algorytmów. Nawet odważny plan wprowadzenia takich pojazdów do regularnego użytku przez Ubera w 2020 roku w Dubaju, nie wydaje się już całkowicie nierealny.

Rynkowa adaptacja VTOLi

W międzyczasie wydarzyło się jeszcze coś bardzo istotnego, być może nawet kluczowego, bez czego latające samoloty nie miałyby najmniejszych szans na rozwój. Mam tu na myśli rewolucje w modelach biznesowych, wynikające z tzw. carsharingu i ridesharingu (ekonomia współdzielenia). Trudno sobie wyobrazić duży rynek zbytu na bardzo drogie innowacyjne pojazdy, gdzie każdy musiałby sobie kupić go na własność. Ale w świecie, gdzie pojazdy nie są kupowane przez konsumentów, tylko wspólnie użytkowane, ich masowa adaptacja wydaje się faktycznie możliwa.

Ogólny szkic projektowy z patentu DeLorean
Szkic operacyjny z patentu DeLorean

Co więcej, takie VTOLe nie będą wymagały żadnych uprawnień, licencji, czy choćby szkolenia. Przecież mają być całkowicie autonomiczne. Wsiadasz, mówisz dokąd chcesz jechać i tyle… To wszystko, co będziesz musiał potrafić. To naprawdę zmienia perspektywę, prawda?

Warto także odnotować, że tworzenie rozbudowanej sieci autonomicznych wehikułów latających będzie znacznie łatwiejsze niż transformacja klasycznego transportu. Wynika to z dwóch powodów. Po pierwsze, otoczenie w otwartym powietrzu jest znacznie mniej skomplikowane i bardziej przewidywalne; po drugie, to zupełnie nowa branża, więc od początku każdy pojazd będzie autonomiczny i skomunikowany z globalną siecią urządzeń korzystających z przestrzeni.

Paradoksalnie, nowy paradygmat, mający za cel przeniesienie transportu publicznego w powietrze, może być przysłowiowym kamieniem milowym w adaptacji bezpiecznego, wydajnego i przede wszystkim autonomicznego transportu. Trudno sobie wyobrazić większe implikacje dla sposobu funkcjonowania miast i jakości życia ich mieszkańców.

Dzisiaj trudno wyobrazić sobie przebudowę miast, usunięcie dróg, czy chociażby zburzenie barier mentalnych. Wizje różnych innowatorów XXI wieku też raczej was nie przekonają – bawienie się w kreta i opuszczanie samochodów do tuneli, jak w wizji Elona Muska (The Boring Company), brzmi zdecydowanie bardziej abstrakcyjnie, niż wykorzystanie ogromnej przestrzeni nad naszymi głowami (koszt infrastruktury będzie dyskwalifikujący). Spróbujmy jednak użyć filmowego DeLoreana i na chwilę cofnąć się w czasie. Niezbyt daleko – zaledwie 100 lat, do czasów, kiedy samochody rozpoczynały swoją drogę w kierunku całkowitego wyparcia koni z dróg.

Uwierzyłbyś Henremu Fordowi, że to coś odmieni świat?

Wizja pojazdu, który wymaga 100% koncentracji (konie uważano za autonomiczną inteligencję kierującą pojazdem) oraz specjalnie przygotowane, utwardzone drogi, a do tego sieć stacji paliwowych, będącą w stanie zapewnić ciągłą energię tym hałaśliwym, śmierdzącym pojazdom. To nie mieściło się w głowach nie tylko przeciętnych obywateli, ale przede wszystkim doświadczonych, świetnie rozumiejących branżę, ekspertów. Sprawy nie ułatwiały niedojrzałe cechy pierwszych samochodów spalinowych, które praktycznie pod żadnym względem nie były lepsze od zaprzęgów konnych. Były słabe, miały fatalny zasięg, zakopywały się w pierwszej napotkanej kałuży i poruszały się z prędkością maksymalną zbliżoną do spacerującego 10-latka.

A jednak w najmniejszym stopniu nie zatrzymało to rewolucji. W kilka dekad całkowicie wyeliminowały transportowy monolit, towarzyszący ludzkości przez kilka tysięcy lat. Z tej perspektywy zdecydowanie łatwiej jest sobie wyobrazić rewolucję autonomicznych latających samochodów.

Największą barierę upatruję w konieczności dostosowania przestrzeni prawnej. Dzisiejsze regulacje w zasadzie uniemożliwiają adaptację autonomicznych, latających pojazdów. Prawo regulujące egzystencję współczesnych pojazdów nie ma wiele wspólnego z samochodami latającymi. Patrząc w historię i to, jak prawo stawało się tymczasowym murem dla rewolucyjnych technologii (wspominając choćby zniszczenie szans Wielkiej Brytanii w staniu się liderem rynku motoryzacyjnego poprzez prymitywną legislację ograniczającą możliwości automobili), obawiam się, że sytuacja powtórzy się w wielu miejscach na świecie.

DeLorean
Zdjęcie © DeLorean Aerospace

Zapragnąłeś kupić DeLoreana, bo Tesla już Ci się trochę znudziła? Niestety, pomijając niedostępność rynkową, firma nie podała nawet szacunkowej ceny. Ale jest też dobra informacja – eksperci szacują, że za 15 lat nikt nie będzie potrzebował dróg, więc Twoje oczekiwanie nie potrwa zbyt długo. Wytrzymasz.